You are here

Senegalskie śniadanie


Senegalskie stoiska ze śniadaniem oferują kawę ze skondensowanym mlekiem, bagietki, jajka na twardo lub omlet oraz ugotowane w łupinkach ziemniaki, które - obrane i pokrojone - są serwowane w bagietce z majonezem albo podsmażane z omletem. Ja zamawiam podsmażone z cebulką. A dla Kaniego miseczkę mleka. Tutaj rzadko coś przejeżdża, a jeśli już, to są to miejscowe "bush-taxi", czyli osobowe vany. Pojawia się pick-up z dwoma senegalskimi mężczyznami, którzy mówią, że z pieskiem - nie ma mowy o śniadaniu i szybko odjeżdżają. Poprawni muzułmanie... Czekam więc dalej. Cztery dziewczynki sprzedają wodę. Nalewają ją w woreczki schłodzoną w plastikowych coolerach z lodem. Podbiegają razem do każdego zatrzymującego się na punkcie kontrolnym pojazdu trzymając po dwa woreczki w każdej ręce. Pięć centów każdy. Kupuję cztery piękne mango za około dwadzieścia centów od kobiety i woreczek wody od dziewczynki. Mija kolejna godzina...
Kiedy prawie decyduję się wziąć "bush-taxi", nadjeżdżają dwaj inni mężczyźni, którym nie przeszkadza piesek. Wysadzają mnie tuż pod gambijską granicą, w miejscu postoju "bush-taxi". Tym razem decyduję się na taksówkę, która jedzie prosto do Gambii. Działa to tak, że płacisz z góry, wrzucają twój bagaż na dach i czekasz, aż van wypełni się szczelnie pasażerami. Kiedy to nastąpi - ciężko powiedzieć. Idę więc przejść się po targu. Jest akurat czas popołudniowego posiłku. Posilający się ludzie często pozdrawiają mnie nie tylko zwyczajowym "Bonjour! Ca va?", ale dodatkowo: "Vien manger", czyli "Chodź jeść". Nie wiem czy jest to tylko grzecznościowy zwrot, czy prawdziwe zaproszenie, w każdym razie - miło.
Po jakiś dwóch, może trzech godzinach zostaję zawołana do wypełnionego w końcu "bush-taxi". Po niedługiej chwili zatrzymujemy się przy punkcie granicznym. Miałam nadzieję, że nie będzie tu kontroli paszportowej, bo nie mam gambijskiej wizy, ale nic z tego. Miejscowi wjeżdżają na dowód, ja muszę okazać paszport. Ale... zostaję tylko odnotowana w księdze przybywających i dostaję po prostu pieczątkę wjazdową. A kiedy oficerowie graniczni dowiadują się, że jestem z pieskiem, pokazuję im jeszcze książeczkę szczepień i wszystko w porządku. W ten sposób wjeżdżam do kolejnego kraju. Pierwszego anglojęzycznego na mojej afrykańskiej drodze. Dziwnego, niewielkiego, ciągnącego się od Atlantyku wzdłuż rzeki Gambia.
Podziwiam mijane po drodze kopce termitów. O zachodzie słońca docieramy do Basse-Santa-Su, podobno największego miasta we wschodniej części Gambii. Co dalej? Widziałam nieopodal budynek z szyldem "Basse Guesthouse". Idziemy tam, ale drzwi są zamknięte. Pytam spotkanego pod budynkiem chłopaka czy guesthouse funkcjonuje.
- Potrzebujesz noclegu? Chodź lepiej do mnie. Do domu mojej rodziny - mówi po prostu.
No więc idę. Po drodze spotykamy jego starszego brata - Ebrimę. Ebrima, pomimo młodego wieku (dwadzieścia trzy lata) jest właścicielem "telecenter" w tym samym budynku, co guesthouse. Dom umeblowany jest z lekkim przepychem, w europejskim stylu, ale kuchnia znajduje się w oddzielnym budyneczku obok, gdzie przyrządzanie posiłków odbywa się na podłodze, a gotowanie na prostej kuchence na drewno. A prysznic to tradycyjnie afrykańskie wiadro wody i blaszana puszka.
* * *
Kiedy idę z Ebrimą kupić bagietkę na śniadanie, Kani wybiega za mną, co jest dużym postępem, bo normalnie ciężko go wyciągnąć z ciemnego kąta. Drepcze więc z nami i widzę, że bez sznurka lepiej mu idzie. Sam pilnuje, aby zawsze być blisko mnie. Po śniadaniu Ebrima oprowadza mnie po miasteczku. Najpierw idziemy nad rzekę Gambia, gdzie kursują nieustannie łódki przewożące ludzi z jednego brzegu na drugi. Ciekawe jednak, że nie ma łodzi pływających wzdłuż, w dół i w górę rzeki Lulonga. Byłoby przyjemniej dotrzeć nad Atlantyk w ten sposób niż wyboistymi, zakurzonymi drogami. Potem na targ, na internet, do biura Western Union, bo Jason przelał do Gambii pieniądze, których nie udało mi się wybrać z Mali. Ebrima opowiada, jak to dwa razy usiłowali przedostać się nielegalnie do Europy. Legalnie też próbował, ale oczywiście nie dostał wizy. Za pierwszym razem zapłacił tysiąc euro przemytnikom, którzy obiecali przewieźć wszystkich pełnych nadziei na lepsze życie niedoszłych emigrantów statkiem z Senegalu prosto do Hiszpanii. Statek został jednak wykryty, organizatorzy aresztowani, uciekinierzy odesłani do swoich krajów. Za drugim razem - trzy tysiące euro, bo operacja była bardziej skomplikowana. Dostał wskazówki, jak dostać się do Nouakchott w Mauretanii. Tam, wraz z kilkudziesięcioma innymi uciekinierami z różnych afrykańskich krajów koczował przez jakiś czas w bazie przemytników czekając, aż zbierze się odpowiednia liczba ludzi i nadejdzie odpowiedni czas. Przetransportowano ich na północ Maroka. Obiecano, że albo dotrą do Hiszpanii, albo zginą. Trzeciej opcji nie przewidziano - takiej, że trzeciego dnia na morzu łódź będzie miała problem z silnikiem, że zostanie wypatrzona, złapana i znowu - liderzy do paki, reszta z powrotem do swoich krajów. Sugeruję Ebrimie, że jeśli chce, aby jego kraj lepiej prosperował, powinien wspierać miejscowe biznesy i sprzedawać butelkowane gambijskie napoje albo jeszcze lepiej - przygotowywany przez miejscowe kobiety pyszny napój z hibiskusa. Ebrima twierdzi jednak, że nikt by tego nie kupował, bo wszyscy wolą fantę i colę.


Autorem powyższego tekstu jest Kinga Chorszcz, zostało ono opublikowane w książce "Moja Afryka" wydawnictwa Poznaj świat.